IX



Część IX
PRZYJACIELE NA CZTERECH ŁAPACH..
W historii o powstawaniu, modernizacji, roślinach i zwierzętach Mojego Ogrodu nie może zabraknąć tego, moim zdaniem najważniejszego, czyli prezentacji wiernych stróżów posesji, a zarazem czworonożnych przyjaciół.. Pod koniec poprzedniej części opowiadania obiecałem przedstawić kolejne psy, które zadomowiły się na terenie mojej posesji po tragicznej śmierci owczarka niemieckiego o imieniu Aron, pokąsanego na śmierć przez rój szerszeni.. Szerszenie po tym zdarzeniu zostały unicestwione przez specjalistów do walki z owadami, cały ogród został dokładnie sprawdzony metr po metrze, ja po prawie półrocznej żałobie powoli ochłonąłem i pod namową żony postanowiliśmy kupić kolejnego szczeniaka, który przejąłby we władanie teren mojej działki.. Podobnie jak przy poprzednim wyborze psa, zwróciłem się o pomoc i wybranie odpowiedniego szczeniaka, do mojego przyjaciela prowadzącego hodowlę owczarków niemieckich.. W umówiony dzień zajechałem wspólnie z małżonką na teren hodowli.. Początkowy zamysł, aby wybrać psa podobnego do poprzednika, szybko „spalił na panewce”.. Przyjaciel zaprowadził nas do kojców na przegląd psów i wtedy decyzja zapadła jednogłośnie.. Wraz z małżonką zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia w małych, ślicznych szczeniakach, po cudownych rodzicach – parze owczarków niemieckich długowłosych, międzynarodowych czempionach, o ciemniejszym umaszczeniu i pięknej, długiej, lśniącej sierści.. I znowu jak poprzednim razem przy wyborze szczeniaka, zadecydował sam maluch.. Z grupki 3 szczeniąt, które ze względu na małą ilość w miocie były i tak bardzo okazałe, wysunął się przywódca, niepewnymi migdałowym oczami spojrzał na nas, szczeknął dla dodania sobie odwagi i zaczął szybko się wciskać pomiędzy nogi, merdając malutkim ogonkiem.. Szczeniak wybrał nas, a my jego.. Obopólna zgodność decyzji.. Niestety od razu nie mogliśmy go zabrać ze sobą, jakoże wg. wszelkich prawideł szczeniak musiał dorosnąć do wieku 3 miesięcy przy swojej mamie.. Okres miesiąca czasu do odebrania naszego małego pupila wlókł się niesamowicie długo… W tym czasie parę razy dzwoniłem do mojego przyjaciela, czy wszystko ok. z naszym maluchem.. Wreszcie po paru tygodniach wyczekiwania nadszedł dzień odbioru szczeniaka.. Kocyk do samochodu, szybko pokonana trasa do hodowli, formalności typu metryka, książeczka zdrowia ze wstępnymi szczepieniami oraz odrobaczeniem, umowa sprzedaży, kasa, życzenia od kumpla, aby się zdrowo chował i szczeniak po godzinie już smacznie spał na kolanach mojej żony, jadąc do nowego domu, nowych rewirów i nowych właścicieli, którzy zauroczeni jego wyglądem, zakochali się w nim od pierwszego wejrzenia.. Szczeniak został nazwany CEZAR.. Jest to imię pochodzenia łacińskiego, prawdopodobnie od słowa caesaries (kędzierzawy, o bujnych włosach). A ten szczeniak miał naprawdę bujny włos, zresztą przekonacie się o tym sami oglądając jego fotki.. Imię to ma swoje odnośniki także w cechach osobowych.. Określa osobnika o bardzo zrównoważonym typie charakteru, opanowaniu, jednocześnie dużej sile przebicia i żywotności. Jest typem charakteru, który nie kieruje się intuicją, lecz rozumem. Tak więc CEZAR przejął we władanie ogrodowe imperium i serca domowników..
CEZAR – obrońca, przyjaciel, stróż i władca ogrodu
Trzy miesięczny szczeniak, urodzony końcem sierpnia czyli z tzw. jesiennego miotu, od razu opanował wszystkie domowe pomieszczenia od przedpokoju począwszy, po sypialnię, kuchnię, pokoje gościnne i mój gabinet… Była ciepła, pogodna jesień, więc z racji swego grubego futra szczególnym upodobaniem obdarzył rejon przedpokoju przy drzwiach wejściowych, gdzie panował większy chłód, a poza tym miał wszystko na oku..


Miejsce w przedpokoju było tylko przejściowym przyczółkiem mojego szczeniaka.. Już po paru dniach zarekwirował mój fotel, a w następnej kolejności wersalkę… Nie jestem zwolennikiem pozwalania psu na wylegiwanie się w fotelach czy na łóżkach, jednak wzrok jakim patrzyła na mnie żona, gdy wyganiałem go z tych miejsc, był jednoznaczny i niestety musiałem przynajmniej na jakiś czas „odpuścić”..


Cezar miał swoje legowisko w małym pokoiku, gdzie nikt poza nim nie mógł rządzić.. Taki psi azyl, z wieloma zabawkami, miseczkami na wodę i karmę, materacem do spania i nieodłączną maskotką-piszczącym miśkiem, którego zawzięcie podgryzał.. Jednak systematyczne drzemki, a drzemał w tym czasie często, wyglądały tak jak na fotce poniżej – pod drzwiami i najczęściej na plecach..



Cezar rósł, mężniał, gdy skończył 10 miesięcy został zapisany do psiej szkółki na szkolenie PT , PO czyli psa towarzyszącego i obronnego, którą ukończył z wyróżnieniem… Został prawdziwym gospodarzem posesji, wiernym i mądrym przyjacielem oraz niezastąpionym obrońcą domowników..


Każdy zakamarek ogrodu był kilka razy dziennie patrolowany przez Cezara, a przypadkowe wejście kota, który często nie zdawał sobie sprawy co go czeka, kończyło się wielogodzinnym przesiadywaniem kota na drzewie, a Cezara pod drzewem.. Ot, takie podchody troszkę z nudów, a troszkę dla sportu..


Teren ogrodu jak przedstawiałem w poprzednich częściach, jest bardzo duży i sporo na nim krzewów, klombów z kwiatami, parę grządek itp.. Już od najmłodszych lat jak każdy pies, który gospodarzył na terenie ogrodu, Cezar był przyuczany aby nie sikać na małe krzewy, kwiatki, nie biegać po klombach i grządkach… Mam w tym sporo doświadczenia, więc już po paru tygodniach nauki, pies chodził jak przystało na dobrze ułożonego „faceta”… Omijał grządki, chodził między nimi po ścieżkach, nie biegał przez klomby nawet wtedy, gdy dojrzał w oddali kota czy innego psa.. Po prostu wzór cnót i dobrych manier..hehehe


Przez kolejne lata wiódł spokojne i szczęśliwe życie, a ja wiedziałem, że w razie potrzeby mam pomocnego, oddanego i wiernego przyjaciela..


Jednak nic nie trwa wiecznie, podobnie jak ludzie tak i psy mają swój życiowy kres.. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.. Wiedziałem, że kiedyś ten dzień nadejdzie.. Po 12 latach naszego wspólnego bytowania, dożywając wieku, który jest przeciętną długością życia tej rasy psów, Cezar zasnął któregoś dnia i więcej się nie obudził… Serce moje płakało jeszcze bardzo długo choć wiedziałem, że był przez cały czas naszej wspólnej, życiowej przygody szczęśliwy i odszedł do psiego nieba zadowolony.. Jego lśniąca, ciepła sierść, wilgotny, czarny nos zawsze dotykający delikatnie mej ręki, wierne i oddane spojrzenie migdałowych oczu, na zawsze pozostaną gdzieś w mej pamięci…


Chociaż Cezar dożył sędziwego wieku w przeciwieństwie do jego poprzednika Arona, który jak pisałem został pozbawiony życia przez wredne szerszenie, ciężko było pogodzić się ze śmiercią wiernego przyjaciela.. Każdy właściciel kochający swego czworonożnego pupila przeżywa podobnie jego odejście.. Czas płynie jednak nieubłaganie, a długość życia człowieka to przeciętnie 5 długości życia psa.. Musiałem w końcu pogodzić się z tym faktem i przyjąć pod swój dach kolejnego stróża posesji i czworonożnego przyjaciela.. Początkowa koncepcja przewidywała ponowne zwrócenie się do mego przyjaciela i zaadoptowanie szczeniaka owczarka niemieckiego z jego hodowli… Jednak los zrządził inaczej… Któregoś dnia będąc z moją żoną na górskiej wyprawie, ujrzeliśmy maszerującego ze swym właścicielem pięknego berneńczyka o lśniącej, czarnej sierści z białym paskiem na głowie, białym krzyżem na piersi, białą kitką na końcu czarnego ogona i białymi „skarpetkami”… Wokół oczu, kufy i na łapach widniało jasnobrązowe przypalanie.. Taki typ umaszczenia zwie się tricolor.. Pies wyglądał wspaniale, dostojnie i masywnie.. Osobiście nie przepadam za małymi rasami, więc ten osobnik od razu wpadł mi w oko.. Mnie wpadł w oko, a moja żona dosłownie „zachorowała” na berneńczyka.. Wiedziałem, że już klamka zapadła.. Nie było innej możliwości jak tylko rozglądnąć się za hodowlą tej rasy psów i zakupić szczeniaka.. Za wyborem tej rasy, po przeczytaniu kilkunastu fachowych stron, zdecydowało kilka aspektów.. Berneńskie psy pasterskie, bo tak brzmi prawidłowa nazwa tej rasy, są doskonałymi stróżami domostwa, wiernymi towarzyszami, często psami stosowanymi w dogoterapii czyli w kontakcie z dziećmi w czasie leczenia rehabilitacyjnego, z uwagi na ich łagodny charakter oraz doskonałymi psami przewodnikami i psami wykorzystywanymi do różnego rodzaju czynności w górach (psy lawinowo-ratownicze, transportowe..).. „Namierzyłem” poprzez rozmowy z fachowcami doskonałą i renomowaną hodowlę w Polsce psów berneńskich, umówiłem się z właścicielami na wizytę i po 2 miesiącach czasu, jakoże czekałem na miot po uprzednio ustalonych rodzicach, dostałem telefon na pierwsze spotkanie z małymi szczeniakami.. Podobnie jak w poprzednich wypadkach przy nabywaniu psów, zarezerwowałem sobie szczeniaka tzw. pierwszego z miotu.. W ustalonym terminie wyjechałem do hodowli po szczeniaka.. Zrobiłem jednak poważny błąd, zabierając ze sobą małżonkę… Zapytacie dlaczego??... Hmmm, otóż po wkroczeniu na teren hodowli, właściciele pani Ula i pan Irek zaprowadzili nas do kojców na ogrodzie, gdzie małe berneńczyki odpoczywały na wolnym powietrzu, baraszkując na trawie..


Matka owej czeredki o imieniu Deby, przywitała nas przyjaźnie merdając ogonem, jakby chciała pochwalić się swymi dziećmi…


Kiedy cała gromadka szczeniąt dostała specjalną przekąskę do wspólnej michy, od razu wiedziałem, który jest moim „zaklepanym” szczeniakiem… Wyższy o pół głowy od innych, wyraźnie większy szczeniak, wysunął się na czoło i wpakował od razu wszystkimi czterema łapami do michy, dając do zrozumienia, że tutaj on ma pierwszeństwo.. 


Moją małżonka (zresztą podobnie jak ja tylko nie chciałem tego okazywać.) zauroczyła się wszystkimi 10-cioma szczeniakami.. Taka ilość młodych w miocie u berneńczyków to norma.. Suki są duże i bez problemu odchowują tyle młodych.. Widząc reakcję mojej żony i jej lśniące z zachwytu oczy, musiałem być nieugięty, bo wtedy wrócilibyśmy z co najmniej trzema szczeniakami.. Długo perswadowałem, że jeden to maximum.. Wersja zabrania parki czyli suczki i psa była długo podtrzymywana przez moją żonę.. W końcu po ochłonięciu z widoku takiej ilości ślicznych szczeniąt, przemówił rozsądek.. Dwa psy, to dwa obowiązki jak z małymi dziećmi.. Wychowanie szczeniaka, to nie zabawa.. A mnie i żonie obowiązków nie brakowało.. Zatem jeden wybrany wcześniej szczeniak został otulony kocykiem i po sfinalizowaniu transakcji, otrzymaniu metryki, książeczki zdrowia oraz paru innych rzeczy, pożegnaniu się z przemiłymi gospodarzami hodowli, ruszyłem w drogę powrotną do domu… KORSO, bo tak został ochrzczony nasz szczeniak, po wtuleniu się na kolanach małżonki w kocyk z jego dawnego legowiska, usnął smacznie, pochrapując cichutko co jakiś czas.. Przespał ponad godzinną jazdę i przebudził się dopiero, gdy wjeżdżałem późnym popołudniem na teren mojej posesji.. Wystawiony z samochodu na trawnik, po raz pierwszy zaznaczył swój rewir, który do dnia dzisiejszego jest w jego władaniu…
  

KORSO – czarno-biało-brązowa kula słodyczy, uroku i inteligencji..

Jesienne, ciepłe dni sprzyjały wylegiwaniu się i zabawie małego Korsa na wolnym powietrzu… Jak to bywa w naturze takiego malucha, prawie połowa czasu to sen, a dokładnie cykl dobowy szczeniaka wygląda tak: zabawa – sen – sikanie – zabawa – sen - sikanie..itd. Korso z racji jego przyszłych rozmiarów, dostał od razu w prezencie duży, specjalny „ponton-legowisko” oraz czerwoną maskotkę do zabawy.. Już po paru godzinach przyuczenia, wiedział, że legowisko to jego miejsce snu, zabawy i mały, psi azyl… Jak każdy maluch zabrany od rodziców początkowo tęsknił i cichutko skuczał.. Wymykał się wtedy ze swojego legowiska do mojej sypialni, siadał na dywaniku obok łóżka i dawał upust swej tęsknocie.. Wystarczyło abym opuścił rękę z łóżka i położył ją na jego grzbiecie.. Smutek i popiskiwanie ustawały dosłownie „jak ręką odjął” i szczeniak ponownie, smacznie zasypiał.. Wyczuwał, że ktoś nad nim roztacza opiekę, by mógł bezpiecznie spać..


Czerwona maskotka stała się nieodłączną zabawką szczeniaka.. Nosił ją ze sobą, delikatnie podgryzał, a nawet służyła mu jako poduszka pod głowę..


Każdą wolną chwilę poświęcałem na wychowanie Korsa.. Już po tygodniu czasu sygnalizował chęć sikania cichutkim skomleniem i wystawaniem pod drzwiami w przedpokoju, aby go wypuścić na ogród..


Z każdym dniem widać było jak z małej, puszystej kulki zaczyna wyrastać piękny szczeniak…


Większość małych szczeniaków przybiera w czasie snu pozycję „na plecach”.. Korso także uwielbiał spać w tej pozycji, z siurakiem do góry i ogonkiem pomiędzy łapami..


Jak już wcześniej pisałem, „ponton-legowisko” był jego wyłącznym azylem, który niejednokrotnie starałem się naruszyć w celach zabawowych.. Oczywiście nieraz trzeba było powalczyć o symboliczną kość…



Październik i początek listopada obfitował w piękne, jesienne, słoneczne dni… Korso penetrował codziennie cały ogród, zapoznając się z jego najdalszymi zakamarkami, podgryzając czasami suche patyki, włażąc niezdarnie na kamienne podesty i węsząc z nosem przy ziemi, zaintrygowany całą gamą nieznanych mu zapachów..


Kiedy nachodziła go wzmożona chęć na gryzienie z powodu rosnących zębów, wyżywał się najczęściej na plastikowej butelce, która niemiłosiernie trzeszczała, a to sprawiało jeszcze większą zawziętość w gryzieniu.. Oczywiście nie zostawiał w spokoju różnych sznurków, linek, drewnianych klocków, gumowych piłek itp..


Ten mały, śliczny urwis był maskotką wszystkich dzieci z okolicy, które przechodząc ze szkoły obok mojej posesji, chciały choćby na moment dotknąć przez ogrodzenie jego puszystego, aksamitnego futerka..


Psy tej rasy rosną bardzo szybko.. Po miesiącu pobytu, Korso przybrał na wadze i urósł parę centymetrów.. Widać było w jego postawie, że jest to pies spokojny, ułożony, chętny zarówno do zabawy jak i do nauki..


Kiedy zapoznał się dokładnie z terenem posesji, zacząłem zabierać go na spacery do pobliskiego lasu, wykorzystując ostatnie dni pięknej, jesiennej aury.. Las to było nowe doświadczenie, nowe nieznane zapachy, a zarazem nauka powracania na zawołanie do swojego pana… Tak faktycznie, to za bardzo nie trzeba go było tego uczyć.. Jak przystało na psa opiekuna, Korso miał już w genach nawyk nieodstępowania mnie na więcej niż kilka metrów.. Do obecnej chwili, gdy idziemy na spacer z małżonką do lasu zabierając naszego pupila, w momencie oddalenia się jednego z nas na kilkadziesiąt metrów, pies zaczyna kursować pomiędzy nami jak satelita, sprawdzając czy nikomu nie dzieje się coś złego..


Nadeszły zimowe dni… Ogród pokrył się grubą warstwą białego puchu.. Właściciele hodowli u których nabyłem psa, w czasie rozmowy wspominali, iż berneńczyki uwielbiają zimę.. Nie powinno to raczej dziwić, ponieważ rasa ta wywodzi się z tzw. Sekcji szwajcarskich psów pasterskich, wychowywanych w Alpach i należących do grupy psów pracujących… Berneńczyki uwielbiają śnieg i chętnie dają się wpiąć do uprzęży, ciągnąc sanki czy niewielki wózek.. Korso przepadał za białym puchem, szalał, skakał, dawał „nura” w zaspy.. Wyglądało to tak, jakby pies dostawał podwójną dawkę adrenaliny…


Nadeszły święta Bożego Narodzenia.. Dokładnie w pierwszy dzień świąt Korso skończył 4 miesiące, a był już 3 razy większy, niż gdy pierwszy raz zawitał w moje progi.. Z malucha począł wyrastać piękny młodzieniec, co prawda jeszcze nie całkowicie okryty dorosłą szatą, jednak już bardziej rozważny, spokojny i mądrzej patrzący na świat.. Jako straszy i mądrzejszy przyjaciel, często wieczorami przeprowadzałem z nim męską rozmowę, przekazując pewne uwagi i mądrości życiowe.. Korso zawsze był uważnym słuchaczem..


Wraz z nadejściem wiosny, berneńczyk wyrósł na dużego, masywnego psa i jego legowisko, które był największym materacem dostępnym w owym czasie w sklepie zoologicznym, zaczęło być pomału za ciasne..


Pies czując już ciepłe, wiosenne powiewy za oknem, począł odczuwać chęć przebywania na świeżym powietrzu.. Psy tej rasy nie są kanapowcami.. To typowy pies, który uwielbia przebywać na otwartej przestrzeni i stosunkowo źle czuje się w domowych warunkach z powodu obfitego futra, przystosowanego do zimniejszych klimatów.. Wiedziałem o tym doskonale i czekałem na przyjście prawdziwej wiosny, aby przenieść jego dobytek czyli materac, zabawki i miski, do stosunkowo chłodnego pokoiku w suterenach, gdzie urzędowały poprzednie psy.. Tam też Korso odziedziczył po poprzedniku Cezarze dużą, wygodną wersalkę, która stała się jego ulubionym legowiskiem w czasie letnich upałów…


A teraz kilka słów o tejże rasie..


BERNEŃSKI PIES PASTERSKI– jedna z ras psów, należąca do sekcji szwajcarskich psów pasterskich. Zgodnie z klasyfikacją amerykańską, należy do grupy psów pracujących.. Przodkowie dzisiejszych berneńskich psów pasterskich dotarli na tereny Szwajcarii wraz z legionami rzymskimi. W latach 20. XX wieku odkryto czaszkę psa sprzed około 4000 roku p.n.e. Znaleziono także pozostałości czaszek potwierdzające obecność psów w typie współczesnego berneńskiego psa pasterskiego, pomiędzy 1000–600 r. p.n.e. nad Jeziorem Zuryskim. Pozwala to sądzić, że tego typu psy żyły ta terenach szwajcarskich przed przybyciem Rzymian. Rasę tę odkryto na przełomie XIX i XX wieku, na terenach Prealp w okolicach Schwarzenburga. Psy te występowały także w dolinie Emmental, niedaleko Berna i Burgdorfu jako psy stróżujące obejścia oraz pilnujące zwierząt hodowlanych, a także jako psy zaganiające.


Gdy na terenach nizinnych Szwajcarii zaczęły powstawać w dużej liczbie serownie, berneńczyki wykorzystywano dodatkowo jako psy transportujące, zaprzęgane do wózków z nabiałem. Opisywano je wówczas jako duże, masywne zwierzęta z głową o mocnej budowie i najczęściej czarnym umaszczeniu (wierzono, że czarne psy odpędzają złe duchy, dlatego preferowano taką maść). Pod koniec XIX w, w małej miejscowości Dürrbach, za sprawą tamtejszego oberżysty, który hodował i sprzedawał gościom trójkolorowe psy, rasa zyskała pierwszą oficjalną nazwę; brzmiała ona Dürrbachler. W 1899 roku powstał Związek Kynologiczny „Berna” zrzeszający hodowców psów rasowych z kantonu berneńskiego.


Szata: włos: długi, błyszczący, prosty lub lekko sfalowany. Umaszczenie: kruczoczarna maść podstawowa z ciemnym brązowo-czerwonym podpalaniem na policzkach, nad oczami, na wszystkich czterech kończynach i na klatce piersiowej, z białymi znaczeniami według wzoru: czysto biały, symetryczny rysunek na głowie: biała strzałka, która się rozszerza symetrycznie w kierunku nosa, tworząc białe znaczenie na kufie. Strzałka na czole nie powinna zachodzić na brązowe plamy nad oczami, a białe znaczenie na kufie powinno sięgać najwyżej do kącików warg. Białe, umiarkowanie szerokie znaczenie przechodzące z podgardla na klatkę piersiową. Pożądane: białe łapy, biały koniec ogona, tolerowane: mała, biała plama na karku, mała , biała plama przy odbycie.


Psy tej rasy są łagodne i przyjazne w stosunku do ludzi. Tolerują dzieci i są wobec nich ostrożne, cierpliwe i opiekuńcze. Nie są agresywne w stosunku do gości, przechodniów czy innych zwierząt. Mimo to posiadają instynkt stróża – zaniepokojone alarmują. Wymagają bliskiego kontaktu z człowiekiem, a pozbawione otoczenia ludzi stają się lękliwe. Potrzebują sporo ruchu. Berneński pies pasterski obecnie jest hodowany jako pies rodzinny, pełni też rolę stróża. Sprawdza się w terapii chorych, pracuje z osobami niepełnosprawnymi. Nadaje się do szkolenia na psa towarzyszącego, tropiącego i ratowniczego – lawinowego oraz gruzowego. Ze względu na swoją wagę rzadko startuje w konkursach na sprawność i zwinność (agility), ale może brać udział w konkursach posłuszeństwa (obedience).


Korso rósł i powoli zmieniał swoje nawyki, jednak ochota na gryzienie plastikowych butelek, trzeszczących za każdym kłapnięciem zębami, pozostała nadal.. Tyle tylko, że ząbki miał już spore..


Jednak nic tak nie poprawia psu dobrego nastroju jak wielki, wołowy gnat, „obrabiany” jego potężnymi zębami jak klocek na tokarce..


Jak wspominałem, Korso uwielbia zimę.. W ciepłe letnie dni szuka chłodnych miejsc, zimnego podłoża i cienia.. Wypija wtedy wiadro wody i leży dysząc z wywieszonym, różowym jęzorem.. Zresztą sami powiedzcie, czy w takim gęstym futrze było by Wam wygodnie w czasie 30 stopniowych, letnich upałów.?.


Gdy nadchodzi zima Korso dostaje dodatkową dawkę energii i gdy tylko wyczuje, że mam zamiar zabrać go na przechadzkę do lasu, stoi ze smyczą w zębach przy furtce, czekając niecierpliwie na wyjście.. Potem zaczynają się szaleństwa na białym, puchowym śniegu.. Szaleńcze biegi, podskoki, nurkowanie po zaspach i oczywiście zażeranie śniegu..


Po kilkunastominutowym szaleństwie wyszukuje miękką, dużą zaspę i tam ze szczęśliwą miną i nosem w śniegu wygodnie odpoczywa..


Podobnie jak moje poprzednie psy, Korso przeszedł kurs psa Towarzyszącego.. Jest doskonałym partnerem nie tylko do zabawy, ale także do wykonywania rożnych poleceń..


Nieraz wystarczy tylko jedno spojrzenie, a już obydwaj wiemy o co chodzi..


A tak wygląda obecnie mój pupil.. Niedawno skończył 4 lata i 8 miesięcy, jest świetnym kompanem, doskonałym, czujnym stróżem i obrońcą oraz opiekunem mojej 4 letniej wnuczki Natalii.. Wzajemnie cieszymy się życiem i myślę, że tak pozostanie jeszcze przez kilka lat..

 


A jego szelmowski wzrok i uśmiech na pysku, w dalszym ciągu zapraszają do nieustannej zabawy i pieszczot..


KONIEEEEECCCC….